Rekolekcje wielkopostne w naszych placówkach (2012)
czwartek, 15 marca 2012 19:58
Wyświetlono: 1292 razy.
20120329-31__rekol_na_Malachowsk_o_Kaz_Tyberski_OMI_i_HalleluJah

W dwóch naszych wrocławskich ośrodkach — w Schronisku dla Mężczyzn przy ul. bp. Bogedaina i Noclegowni dla Mężczyzn przy Małachowskiego 13 — odbędą się rekolekcje wielkopostne pod hasłem "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię". Ćwiczenia duchowe dla naszych podopiecznych, personelu placówek oraz wszystkich zainteresowanych poprowadzi o. Kazimierz Tyberski OMI, kapelan więzienny wrocławskiego zakładu karnego. W Noclegowni towarzyszyć mu będzie Katolicka Wspólnota HalleluJah, w Schronisku — grupa przyjaciół ad hoc.  :)

Terminy: Schronisko 25–27.03.2012, Noclegownia 29–31.03.2012.

Kim jest zaproszony rekolekcjonista? Zamieszczamy fragmenty artykułu o nim z Tygodnika Powszechnego — zamieszczonego na stronie tygodnik.onet.pl/1,25669,druk.html:

o. Kazimierz Tyberski OMIBarczysty, serdeczny, z piorunującym uściskiem ręki, […] kapelan więzienny, kiedyś skoczek w oddziałach Czerwonych Beretów.

Urodził się w mazurskiej wsi Róg, wśród lasu. W leśniczówce ojca nie było prądu, za to była lampa naftowa, owce i krowy, które mały Kaziu musiał paść jako najstarszy z piątki dzieci. Krowy małego chłopaka dobrze znały, wiedziały, że lubi czytać. Gdy tylko otwierał książkę, uciekały. […]

Zwyczajem było, że gdy mama Kazia wracała z wywiadówki, brała kij do ręki i szukała syna, który na parę godzin znikał w lesie. Gdy skończył podstawówkę, matka zmartwiona towarzystwem, w którym się syn obracał, wysłała go na Śląsk, do rodziny, żeby tam Kazimierz kontynuował edukację.

– Chciałem iść do kopalni. Jak przyjechałem do wuja, wybuchł metylen pod ziemią i uznałem, że nie będę umierał jak kret. Zostałem murarzem.

Kiedyś pojechał w odwiedziny do przyjaciela. Koledzy poszli na basen, przy okazji wypili parę piw. Gdy już się wytaplali w wodzie, Kaziu zapytał kumpla: – Gdzie dzisiaj znajdziemy w tym mieście ładne dziewczyny?

Była niedziela, kolega zerknął na zegarek i odpowiedział: – W kościele.

Poszli, mimo że byli boso. Szli środkiem ulicy, samochody trąbiły. Głośno weszli do kościoła, wszyscy zwrócili na nich uwagę. Zaczęli się wygłupiać. Gdy proboszcz podszedł z tacą, zmierzył srogo Kazimierza wzrokiem. Zrobiło mu się wstyd. Chciał szybko sypnąć groszem, żeby człowiek w sutannie już sobie poszedł. Kieszenie były jednak puste, piwo kosztuje. – Wtedy w duszy powiedziałem sobie: „Panie Boże, wiesz, że w Ciebie nie wierzę, ale nic nie mam, to weź sobie mnie”. Pan Bóg długo czekał, ale w końcu przypomniał sobie o moich słowach. […]

Wojska nie chciał, za to wojsko jego chciało – to był taki czas, kiedy się wojsku nie odmawiało. Kazio miał 19 lat. […]

Chłopak z Mazur trafił do jednostki Czerwonych Beretów najpierw na dwa tygodnie do Bielska Białej, a później do Krakowa.

– Miałem taką falę, że od niekończących się pompek nie mogłem normalnie odpalić papierosa, tak miałem opuchnięte mięśnie ramion.

Wtedy Kazimierz jeszcze palił. Po roku fala ustała, a chłopak z Mazur stał się specjalistą wschodnich sztuk walki.

– Byliśmy komandosami, szkolono nas do walki wręcz. Mnie się spodobało nunczako. Prosta i przeraźliwie skuteczna broń. […]

– Gdy wyszedłem z wojska, miałem 21 lat i Boga raczej nie potrzebowałem.

Koledzy również Boga nie potrzebowali. Zaczęły się imprezy, alkohol i poker.

– W jedną noc wygrywałem pięć średnich pensji krajowych.

Z jego umiejętnościami stał się cenionym towarzyszem do wszelkich rozrób. Jednej nocy, gdy koledzy zaciągnęli go do dyskoteki, wyrównać rachunki, przyszły ksiądz, w ferworze walki, prawie zabił człowieka.

– Tej nocy coś we mnie pękło, ocknąłem się i postanowiłem coś ze swoim życiem zrobić.

Poszedł do technikum budowlanego. […]W szkole poznał starszą panią, która zaczęła go wypytywać o sens życia. Zaczęli dyskutować, a na koniec rozmowy Kazimierz został zaproszony […]

– Podobali mi się moi nowi znajomi. Byli porządni, ustabilizowani, a to, co mówili o życiu, Bogu i wierze, było dla mnie nowe i ciekawe.

Okazało się, że to Świadkowie Jehowy. Kazimierz przekomarzał się z wiarą. Wśród Świadków czuł się bardziej katolikiem, wśród katolików odwrotnie. Wyboru dokonał dzięki koledze z budowy. Ciągle się o tego Boga kłócili, starszy towarzysz nie mógł tych Świadków Kazkowi darować. W końcu zaprowadził go do kościoła.

– Myślałem, że będzie mi chciał udowodnić, że w kawałku hostii jest Bóg, denerwowało mnie to. Ale nie, on mi dał do ręki Pismo Święte i kazał przeczytać fragment z Ewangelii św. Jana: „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” (J 6, 54). I zapytał: czy tak czynisz? Tym mnie przekonał.

Kazek powoli zaczął myśleć o zakonie. […]

Wybrał oblatów. […]

Po nowicjacie ks. Kazimierz zgłosił się do kolegów oblatów, którzy zajmowali się młodzieżą na festiwalu w Jarocinie.

– Ciągnęło mnie do ludzi pogubionych, bo sam taki kiedyś byłem.

Na stacji PKP czy w parku zaczepiali go sataniści, skini i punki.

– Sutanna ich prowokowała, zaczynało się od agresji, a kończyło na rozmowie. To byli ludzie poranieni przez swój grzech, chcieli rozmawiać. Na początku ich słuchałem. A wcześniej chyba rzadko spotykali kogoś, kto chciałby ich posłuchać. Otwierali się i wtedy mogliśmy razem popracować.

Kolejnym poligonem dla ks. Tyberskiego było więzienie dla kobiet w Lublińcu oraz miejscowa szkolna młodzież, która miała spore problemy z nauką.

– Poszedłem do szkół i poprosiłem o przydzielenie mi najgorszych urwisów.

W więzieniu pracował jako wolontariusz. Gdy lepiej poznał pensjonariuszki zakładu karnego, zorganizował wspólną imprezę z młodymi podopiecznymi.

– Moje urwisy przygotowały dla pań program artystyczny, były występy muzyczne i pokaz mody. Dziewczynom się to bardzo spodobało. Były oklaski i gratulacje. Pierwszy raz ktoś doceniał pracę tych młodych ludzi.

Pani dyrektor zakładu karnego wysłała list do każdej ze szkół z imiennymi podziękowaniami dla niesfornych nastolatków. Z początku niechętni, dyrektorzy szkół przeczytali te listy na oficjalnym apelu. Młodzi przychodzili chwalić się księdzu, że pierwszy raz na apelu szkolnym wystąpili z szeregu jako ci, którzy zrobili coś dobrego.

– I proszę sobie wyobrazić, zaczęli się nawet lepiej uczyć! Ktoś im zaufał i to pomogło.

„Moje bandziory”

Na młodego księdza czekało nowe zadanie.

– Zakon wsadził mnie za kratki. Podobno pasowałem do tej roli.

Ks. Tyberski, jako kapelan zakładu karnego, trafił na 12 lat do Iławy. […]

Pod koniec posługi na jego nabożeństwa przychodziło ok. 300 skazanych.

– Na początku nie wiedziałem, jak dotrzeć do tych ludzi. Nie mogłem stanąć i powiedzieć im, że Bóg ich kocha i wszystkim wybaczy. To ich nie interesowało! W więzieniu jest bardzo mało osób, które szukają Boga. Więzień to egoista, on szuka sposobów, jak polepszyć sobie warunki odsiadki. Musiałem im coś dać.

Kapelan wymyślił komputery. Małymi krokami zorganizował pracownię, w której można było się nauczyć pracy na różnych programach, głównie graficznych.

– To ich interesowało, to była przynęta. Spędzaliśmy ze sobą osiem godzin dziennie, oni musieli się na mnie otworzyć.

Grupa Tyberskiego, bo tak ich nazywano, zaczęła się rozrastać. Na zajęcia zaczęli przychodzić wolontariusze, studenci.

– Oni dla wielu więźniów stali się wzorem. Wychodziłem z założenia, że jeśli ktoś jest wyrwany z marazmu celi, z bagna surowych relacji międzyludzkich i zostanie otoczony dobrem, to powoli zacznie to przez niego przenikać. […]

Pewnego razu, parę dni przed Wigilią, Tyberski zaprowadził swoich podopiecznych do domu seniora. Trzydziestu moich bandziorów, ja i staruszkowie. Ufałem moim chłopakom, a oni to docenili. To była piękna wigilia. Były kolędy, opłatek, a na koniec wszyscy grzecznie wrócili do cel. Następnego dnia jeden z więźniów uciekł. Złapano go po krótkim czasie. Gdy go przyprowadzono do Iławy, dyrektor więzienia zapytał, dlaczego nie uciekł dzień wcześniej, podczas Wigilii w domu seniora, gdzie warunki do ucieczki były dużo lepsze. Odpowiedział mu: – Księdzu się takich numerów nie robi.

Dzisiaj ks. Kazimierz Tyberski pracuje we Wrocławiu.

o. Kazimierz Tyberski OMIW dwóch naszych wrocławskich ośrodkach — w Schronisku dla Mężczyzn przy ul. bp. Bogedaina i Noclegowni dla Mężczyzn przy Małachowskiego 13 — odbędą się rekolekcje wielkopostne pod hasłem "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię". Ćwiczenia duchowe dla naszych podopiecznych, personelu placówek oraz wszystkich zainteresowanych poprowadzi o. Kazimierz Tyberski OMI, kapelan więzienny wrocławskiego zakładu karnego.

Terminy: Schronisko 25–27.03.2012, Noclegownia 29–31.03.2012.


Kim jest zaproszony rekolekcjonista? Zamieszczamy fragmenty artykułu o nim z Tygodnika Powszechnego — zamieszczonego na tygodnik.onet.pl/1,25669,druk.html:

Barczysty, serdeczny, z piorunującym uściskiem ręki, […] kapelan więzienny, kiedyś skoczek w oddziałach Czerwonych Beretów.

Urodził się w mazurskiej wsi Róg, wśród lasu. W leśniczówce ojca nie było prądu, za to była lampa naftowa, owce i krowy, które mały Kaziu musiał paść jako najstarszy z piątki dzieci. Krowy małego chłopaka dobrze znały, wiedziały, że lubi czytać. Gdy tylko otwierał książkę, uciekały. […]

Zwyczajem było, że gdy mama Kazia wracała z wywiadówki, brała kij do ręki i szukała syna, który na parę godzin znikał w lesie. Gdy skończył podstawówkę, matka zmartwiona towarzystwem, w którym się syn obracał, wysłała go na Śląsk, do rodziny, żeby tam Kazimierz kontynuował edukację.

– Chciałem iść do kopalni. Jak przyjechałem do wuja, wybuchł metylen pod ziemią i uznałem, że nie będę umierał jak kret. Zostałem murarzem.

Kiedyś pojechał w odwiedziny do przyjaciela. Koledzy poszli na basen, przy okazji wypili parę piw. Gdy już się wytaplali w wodzie, Kaziu zapytał kumpla: – Gdzie dzisiaj znajdziemy w tym mieście ładne dziewczyny?

Była niedziela, kolega zerknął na zegarek i odpowiedział: – W kościele.

Poszli, mimo że byli boso. Szli środkiem ulicy, samochody trąbiły. Głośno weszli do kościoła, wszyscy zwrócili na nich uwagę. Zaczęli się wygłupiać. Gdy proboszcz podszedł z tacą, zmierzył srogo Kazimierza wzrokiem. Zrobiło mu się wstyd. Chciał szybko sypnąć groszem, żeby człowiek w sutannie już sobie poszedł. Kieszenie były jednak puste, piwo kosztuje. – Wtedy w duszy powiedziałem sobie: „Panie Boże, wiesz, że w Ciebie nie wierzę, ale nic nie mam, to weź sobie mnie”. Pan Bóg długo czekał, ale w końcu przypomniał sobie o moich słowach. […]

Wojska nie chciał, za to wojsko jego chciało – to był taki czas, kiedy się wojsku nie odmawiało. Kazio miał 19 lat. […]

Chłopak z Mazur trafił do jednostki Czerwonych Beretów najpierw na dwa tygodnie do Bielska Białej, a później do Krakowa.

– Miałem taką falę, że od niekończących się pompek nie mogłem normalnie odpalić papierosa, tak miałem opuchnięte mięśnie ramion.

Wtedy Kazimierz jeszcze palił. Po roku fala ustała, a chłopak z Mazur stał się specjalistą wschodnich sztuk walki.

– Byliśmy komandosami, szkolono nas do walki wręcz. Mnie się spodobało nunczako. Prosta i przeraźliwie skuteczna broń.

Żołnierze przygotowali pokaz walki wręcz dla trzech dostojnych generałów. Oficer nadzorujący całe przedsięwzięcie nie chciał się zgodzić na finał z bronią składającą się z dwóch kijów połączonych łańcuchem. Mimo tego chłopcy przekonali generalicję. Kolega trzymał pudełko od zapałek w ustach.

– Było pełne. Gdy je rozbiłem,  widownia nie wiedziała, czy w powietrze poleciały zęby, czy zapałki.

Po pokazie Kazek dostał awans. Na ćwiczeniach, manewrach i pokazach się skończyło.

– Gdy wyszedłem z wojska, miałem 21 lat i Boga raczej nie potrzebowałem.

Koledzy również Boga nie potrzebowali. Zaczęły się imprezy, alkohol i poker.

– W jedną noc wygrywałem pięć średnich pensji krajowych.

Z jego umiejętnościami stał się cenionym towarzyszem do wszelkich rozrób. Jednej nocy, gdy koledzy zaciągnęli go do dyskoteki, wyrównać rachunki, przyszły ksiądz, w ferworze walki, prawie zabił człowieka.

– Tej nocy coś we mnie pękło, ocknąłem się i postanowiłem coś ze swoim życiem zrobić.

Poszedł do technikum budowlanego. W szkole poznał starszą panią, która zaczęła go wypytywać o sens życia. Zaczęli dyskutować, a na koniec rozmowy Kazimierz został zaproszony, przez nowo poznaną staruszkę, do domu.

– Ze względu na jej wiek podrywania się nie obawiałem.

Spotkania stały się regularne, a im więcej ich było, tym więcej nań przychodziło ludzi. – Podobali mi się moi nowi znajomi. Byli porządni, ustabilizowani, a to, co mówili o życiu, Bogu i wierze, było dla mnie nowe i ciekawe.

Okazało się, że to Świadkowie Jehowy. Kazimierz przekomarzał się z wiarą. Wśród Świadków czuł się bardziej katolikiem, wśród katolików odwrotnie. Wyboru dokonał dzięki koledze z budowy. Ciągle się o tego Boga kłócili, starszy towarzysz nie mógł tych Świadków Kazkowi darować. W końcu zaprowadził go do kościoła.

– Myślałem, że będzie mi chciał udowodnić, że w kawałku hostii jest Bóg, denerwowało mnie to. Ale nie, on mi dał do ręki Pismo Święte i kazał przeczytać fragment z Ewangelii św. Jana: „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” (J 6, 54). I zapytał: czy tak czynisz. Tym mnie przekonał.

Kazek powoli zaczął myśleć o zakonie.

Były kobiety. Była ostatnia z nich...

– Powiedziałem jej, gdy się poznawaliśmy, że z nią ostatnią będę próbował ułożyć sobie życie. Jeśli coś nam nie wyjdzie, będzie to znak, że mam wybrać kapłaństwo. To była cudowna osoba, kochała mnie bardzo i zrozumiała, gdy tuż przed zaręczynami powiedziałem jej, że przepraszam, ale to nie jest to. Tamtego ranka bardzo mocno odczułem, że Bóg mnie zaprasza na drogę życia zakonnego.

Wybrał oblatów. Po dwóch latach miał kryzys powołania.

– Czułem się straszliwie samotny. Pomyślałem, że to nie jest moja droga, że pomyliłem się i muszę wracać. Podjąłem decyzję o wystąpieniu ze Zgromadzenia. Wtedy dostałem telegram od mamy tej dziewczyny, w którym pisała, że córka poślubiła mężczyznę, dała mu dziecko, ale zaraz po porodzie zachorowała na białaczkę i po niespełna roku zmarła. To był szok. W kaplicy, kiedy się za nią modliłem, przyszła myśl: „Jak długo będziesz się wahał? Gdybyś nie usłuchał mojego wezwania, zobacz, dzisiaj byś był wdowcem z dzieckiem i ze świadomością niezrealizowanego powołania, a to już jest piekło za życia”. Jej śmierć odczytałem jako znak od Boga. Zostałem.

Po nowicjacie ks. Kazimierz zgłosił się do kolegów oblatów, którzy zajmowali się młodzieżą na festiwalu w Jarocinie.

– Ciągnęło mnie do ludzi pogubionych, bo sam taki kiedyś byłem.

Na stacji PKP czy w parku zaczepiali go sataniści, skini i punki.

– Sutanna ich prowokowała, zaczynało się od agresji, a kończyło na rozmowie. To byli ludzie poranieni przez swój grzech, chcieli rozmawiać. Na początku ich słuchałem. A wcześniej chyba rzadko spotykali kogoś, kto chciałby ich posłuchać. Otwierali się i wtedy mogliśmy razem popracować.

Kolejnym poligonem dla ks. Tyberskiego było więzienie dla kobiet w Lublińcu oraz miejscowa szkolna młodzież, która miała spore problemy z nauką.

– Poszedłem do szkół i poprosiłem o przydzielenie mi najgorszych urwisów.

W więzieniu pracował jako wolontariusz. Gdy lepiej poznał pensjonariuszki zakładu karnego, zorganizował wspólną imprezę z młodymi podopiecznymi.

– Moje urwisy przygotowały dla pań program artystyczny, były występy muzyczne i pokaz mody. Dziewczynom się to bardzo spodobało. Były oklaski i gratulacje. Pierwszy raz ktoś doceniał pracę tych młodych ludzi.

Pani dyrektor zakładu karnego wysłała list do każdej ze szkół z imiennymi podziękowaniami dla niesfornych nastolatków. Z początku niechętni, dyrektorzy szkół przeczytali te listy na oficjalnym apelu. Młodzi przychodzili chwalić się księdzu, że pierwszy raz na apelu szkolnym wystąpili z szeregu jako ci, którzy zrobili coś dobrego.

– I proszę sobie wyobrazić, zaczęli się nawet lepiej uczyć! Ktoś im zaufał i to pomogło.

„Moje bandziory”

Na młodego księdza czekało nowe zadanie.

– Zakon wsadził mnie za kratki. Podobno pasowałem do tej roli.

Ks. Tyberski, jako kapelan zakładu karnego, trafił na 12 lat do Iławy.

– W noc poprzedzającą pierwszy dzień w więzieniu nowy kapelan miał sen, w którym odprawił Mszę dla więźniów, podczas której wybuchł bunt. W śnie sala była zakratowana, Tyberski nie miał gdzie uciec.

– Byłem przerażony. Jakież było moje zdziwienie, gdy wszedłem do więziennej kaplicy i wyglądała ona dokładnie tak samo jak w moim śnie! Tyle tylko że buntu nie było, a obecnych na Mszy było parunastu ludzi, z czego dwaj byli Mszą zainteresowani.

– Pod koniec posługi na jego nabożeństwa przychodziło ok. 300 skazanych.

– Na początku nie wiedziałem, jak dotrzeć do tych ludzi. Nie mogłem stanąć i powiedzieć im, że Bóg ich kocha i wszystkim wybaczy. To ich nie interesowało! W więzieniu jest bardzo mało osób, które szukają Boga. Więzień to egoista, on szuka sposobów, jak polepszyć sobie warunki odsiadki. Musiałem im coś dać.

Kapelan wymyślił komputery. Małymi krokami zorganizował pracownię, w której można było się nauczyć pracy na różnych programach, głównie graficznych.

– To ich interesowało, to była przynęta. Spędzaliśmy ze sobą osiem godzin dziennie, oni musieli się na mnie otworzyć.

Grupa Tyberskiego, bo tak ich nazywano, zaczęła się rozrastać. Na zajęcia zaczęli przychodzić wolontariusze, studenci.

– Oni dla wielu więźniów stali się wzorem. Wychodziłem z założenia, że jeśli ktoś jest wyrwany z marazmu celi, z bagna surowych relacji międzyludzkich i zostanie otoczony dobrem, to powoli zacznie to przez niego przenikać.

Staszek, skazany za morderstwo: – Na początku komputery mnie nie interesowały, ale wydawało mi się to ciekawsze niż cela. Tyberski miał do mnie dobre podejście, czekał na mnie i nic nie wymuszał, ale nie tolerował kombinowania. Zaufał mi. Dzięki naszym wspólnym rozmowom otwarłem oczy. Przed spotkaniem tego człowieka moje czyny były mi obce, nie docierało do mnie, co zrobiłem. Zrozumiałem, że zabiłem człowieka, że żyłem w kłamstwie, które mnie zgubiło.

Dzisiaj Staszek pisze pracę magisterską, zakłada rodzinę. Innym razem do kapelana w Iławie przyszedł skazany, który w bestialski sposób zabił człowieka. Morderstwo było tak dobrze przygotowane, że nie było dowodów ani śladów. Morderca został skazany w procesie poszlakowym, na podstawie zeznania człowieka, którego prosił o pomoc w ukryciu ciała ofiary. Przez telefon powiedział: „Pomóż zakopać mi to gówno!”

W więzieniu funkcjonował jako człowiek niewinny. Zgłosił się zainteresowany komputerami. – Przyszedł i powiedział mi: „Ksiądz! Tylko bez jakiejś indoktrynacji! Ja w Boga nie wierzę!”. To był człowiek bardzo agresywny i butny. Miał przygotowaną listę ludzi, których obwiniał za swoje skazanie. Po wyjściu chciał ich zabić. W sumie nie powinienem był go brać do siebie. Odpowiedziałem mu: „Gadamy o Bogu czy o komputerach?”. Z czasem zaczął przychodzić na Mszę. Po paru miesiącach poprosił mnie, żebym był jego spowiednikiem. Najpiękniejsze spowiedzi słyszałem w więzieniu. Tam dialog Boga i człowieka jest bardzo mocny, dotyczy przecież najcięższych win. Podczas swojej spowiedzi opowiedział mi o swoich czynach, co zaowocowało jego przyznaniem się przed sądem więziennym. Ale on wciąż czuł się daleko od Boga. Zapytałem go, czy przyznał się przed rodziną. Zasmucił się bardzo, ale... napisał do rodziny swojej ofiary list, nawiązał się między nimi dialog, w odpowiedzi na listy rodzina ofiary mu wybaczyła.

Parę dni przed Wigilią, Tyberski zaprowadził swoich podopiecznych do domu seniora. Trzydziestu moich bandziorów, ja i staruszkowie. Ufałem moim chłopakom, a oni to docenili. To była piękna wigilia. Były kolędy, opłatek, a na koniec wszyscy grzecznie wrócili do cel. Następnego dnia jeden z więźniów uciekł. Złapano go po krótkim czasie. Gdy go przyprowadzono do Iławy, dyrektor więzienia zapytał, dlaczego nie uciekł dzień wcześniej, podczas Wigilii w domu seniora, gdzie warunki do ucieczki były dużo lepsze. Odpowiedział mu: – Księdzu się takich numerów nie robi.

Dzisiaj ks. Kazimierz Tyberski pracuje we Wrocławiu.